Moje inspiracje

12/30/2012

Usłyszałam ostatnio wiele ciepłych słów i porad dotyczących prowadzenia bloga. Każdą z uwag analizowałam, niektóre odkładałam do "przechowalni pomysłów", a część postanowiłam czym prędzej wdrożyć w życie. 

Każdy z nas ma swoich idoli, mentorów, ulubionych artystów czy też ikony stylu, na których się wzoruje. Mniej znane modelki subskrybują profile swoich koleżanek po fachu, by w ślad za nimi rozwijać umiejętności pozowania, wyrażania emocji, pracować nad mimiką twarzy. Jeśli ktoś z Was spytałby mnie o autorytet w dziedzinie pisania, bez zastanowienia podałabym nazwisko, które motywuje mnie do pracy. W kwestii mody miałam jednak duży problem. Nie śledzę bieżących trendów, nie oglądam najnowszych pokazów mody, mam świadomość, kto jest kim w tym szalonym biznesie, jednak nigdy nie przywiązywałam większej wagi do projektantów przez duże P ani modelek przez duże M.

Postanowiłam jednak wprowadzić na bloga cykl o postaciach, zdjęciach, które mnie inspirują, w pewien sposób naprowadzają na to, jak powinnam zachowywać się przed obiektywem aparatu i pokazać Wam, jakiego typu fotografie pragnęłabym zobaczyć w moim własnym portfolio.

Dzisiaj kilka zdjęć mistrza Demarchelier, który moim zdaniem potrafi wydobyć nieuchwytne z pozoru piękno z każdej kobiety. Osobiście uwielbiam proste czarno-białe portrety, na których widać, co modelka czuje, co myśli, jakim jest człowiekiem. Zdjęcia stricte fashion mają swoją moc i siłę, jednak nie jestem zbyt wielką fanką wymyślnych poz i przebrań, pod którymi toną kościste ciała modelek. Być może wynika to po prostu z mojego spokojnego i raczej nieśmiałego usposobienia.


Święta, święta i po świętach!

12/27/2012

Moje ulubione zdanie, które wymienia między sobą cała rodzina spotykając się co rok.
Rzeczywiście jedyną pewną rzeczą, którą można powiedzieć o Świętach Bożego Narodzenia jest to, że mijają zdecydowanie zbyt szybko. Przystrajanie domu, pieczenia ciasta, kręcenie maku i lepienie uszek - wszystko wydaje się być tylko krótką chwilą, mrugnięciem zaspanego oka. Niemniej jest to czas piękny, bardzo ciepły i pełen serdeczności. Moje Święta upłynęły pod znakiem spotkań w niewielkim rodzinnym gronie oraz zdecydowanie zbyt dużej ilości jedzenia (wmawiam sobie uparcie, że wszystko pójdzie w cycki!). Mam nadzieję, że u Was świąteczny czas płynął tym razem trochę wolniej, że zdążyliście nacieszyć się bliskością ukochanych osób, odnaleźliście pod choinką wymarzone prezenty i nie przejadaliście się zbyt mocno ;-)

Dzisiaj chciałam się z Wami podzielić efektami moich ostatnich testów i przy okazji podziękować całej ekipie, z którą miałam okazję pracować! 


















Świąteczne śniadanie

12/23/2012

Od kilku tygodni portale internetowe dotyczące zdrowego odżywiania bombardują nas informacjami o tym, jak sprytnie uniknąć świątecznego (szczególnie wigilijnego) przejedzenia. Ja żadnego sposobu nie mam, gdyż wyznaję zasadę, że Święta to czas uprzywilejowany nawet dla modelek ;-) Jeśli zaś chodzi o dzień jutrzejszy, przede wszystkim nie mam zamiaru wygłodzić organizmu i mimo obowiązującego nas postu zjeść bardzo odżywcze, pożywne i słodkie śniadanie. Wiem z doświadczenia, że jeśli rano maksymalnie doładuję się energią, wieczorem uniknę napadu "wilczego głodu" i nie rzucę się od razu na całą michę pierogów.

Ostatnio w moim śniadaniowym menu pojawiło się przepyszne mleko sojowe. Dodaję je do kawy oraz przygotowywanych potraw. Dzisiaj kilka inspiracji właśnie z mlekiem sojowym w roli głównej. Być może skusicie się na któryś z pomysłów w wigilijny poranek :-) Szczerze zachęcam do delektowania się jutro pysznym, świątecznym śniadaniem!


ZACIERKI NA MLEKU SOJOWYM

szklanka mleka sojowego (może być smakowe)
3-4 łyżki makaronu zacierka
ewentualnie cukier do smaku (mleko sojowe jest najczęściej dosładzane)
spora łyżka dżemu (u mnie domowy wiśniowo-migdałowy)
Do gotującego się mleka sojowego wrzucamy makaron i gotujemy na małym ogniu przez kilka minut, aż makaron będzie miękki, przez co zupka nabierze gęstości. Przelewamy do miseczki i gdy lekko ostygnie dodajemy łyżkę dżemu.

Powrót z Barcelony (2008 rok)

12/20/2012
29 czerwca 2008,
Barcelona
Leżę na plaży, rozcinając zębami suchość kokosowego miąższu. Zastanawiam się, co powiedzieć M., jeśli zadzwoni spytać, ile prac zrobiłam. Staram się myśleć pozytywnie, ale optymizm nie jest chyba moją mocną stroną. Nauczyłam się wierzyć w otrzymywanie tego, o co pokornie proszę, ale pesymizm hamuje nadzieję na przyspieszone szczęście. Piasek jest tutaj twardy, szorstki, kamienie zastygłe w gorącej wypukłości. Przesypuje się między palcami jakby niedokładnie.

30 czerwca 2008,
lotnisko w Monachium
Mieszanina zapachów przyprawia mnie o mdłości. Zapadam się w mięsistość czekania, w bezcłowe kuszenie sklepów, twardość krzeseł, nerwowe poruszanie stopą. 
Dwa tygodnie temu tęskniłam, tydzień wcześniej też. Po trzech tygodniach przyzwyczajenie przeszkadza w tęsknocie, buduje nowy porządek - jedzenia, ulic, sklepów. Po trzech tygodniach nie wraca się do apartamentu, ale własnym kluczem otwiera drzwi domu. Po trzech tygodniach nie błądzi się zaskoczonym, stopy wyczuwają wytarte ścieżki. Lubisz swoje miejsce, nie potrzebujesz żadnych zmian. Przynależysz do niego, ono cię przygarnęło, akceptując twoją egzotyczną inność. Przyklejony, przypięty, leżysz na wznak. 

Machnęłam dłonią w powietrzu - byle jaki znak krzyża rozciął pusty brzuch samolotu, spływając po mnie bezcennym ukojeniem. Koła zlizały szybkość z podłoża, ściskam swój mały, srebrny medalik.
Pierwsze strzępy chmur łaskoczą cielsko samolotu. Po raz pierwszy zauważam schematyczną symetrię: łagodne zaokrąglenia dróg, puszyste plamy lasów, podłużne zawijasy rzek i błyszczące szachownice miast. 
Mój żołądek domaga się bułeczki z serem. Para obok żywo dyskutuje po angielsku, miło słuchać ich ze świadomością, że wszystko się rozumie.

ok godz. 16,
nad Krakowem
Tak, to Polska właśnie. Brudna zieleń pól, niebo o barwie dymu ulatującego z głębokich gardeł kominów.
Krzywość i szarość - tak, to Polska właśnie.
Lądujemy.


A(n)na

12/17/2012
Zauważyłam ostatnio, że na mojego bloga zagląda kilka autorek blogów o anoreksji - o walce z nią lub też, co mnie bardzo zaniepokoiło, przyjaźni z "aną". Z przerażeniem wczytałam się w ich posty i natchnęło mnie to do napisania na ten temat. Tekst jest jeszcze niedopracowany, ale chciałam się nim z Wami podzielić. Wiem, że pisanie o tej okrutnej chorobie nie będąc anorektyczką ani nie zmagając się nigdy z anoreksją bliskiej mi osoby może wydawać się, hm, niewłaściwe. Tekst powstał po wnikliwej lekturze paru blogów o tej tematyce i jest moją próbą zrozumienia, co dzieje się w głowie zatrutej odchudzaniem dziewczyny.


Moja  przyjaciółka ma na imię An(n)a. Zjawiła się u mnie przeszło dwa lata temu i od tamtej pory jesteśmy nierozłączne.  Dzięki niej stałam się zupełnie innym człowiekiem. Tak wiele jej zawdzięczam...  Nie zrozumiesz, nawet, jeśli Ci wytłumaczę. Nieważne, jak długo i namiętnie wykładałabym Ci wszystkie argumenty „za” – Ty i tak znajdziesz jakiś „przeciw”. Ile to już razy próbowano nas rozdzielić, jak wieloma metodami mącić w naszej przyjaźni. Ona nie odejdzie, to najwierniejsza towarzyszka.

Dopóki nie poznałam An(n)y moje życie miało smak ołowiu, bezruch mroźnego poranka i dźwięk tłuczonej szklanki. Każdego dnia budziłam się z myślą o niedorzeczności własnej egzystencji, o absolutnym braku logiki we wszechświecie, który wypluwa z siebie stworzenia tak przykre, jak ja. Mój dom wypełniały pułapki w postaci ukrytych luster. Nie potrafiłam ich zignorować, choć prawdziwych luster pozbyłam się już dawno. Przeszklone drzwi bezczelnie łapały moje odbicie, połyskliwy okap nad kuchnią zniekształcał rysy twarzy. Przemykałam więc po domu niczym żołnierz na polu walki, ukrywając się przed wrogiem – świadomością siebie samej.

Dwa lata temu An(n)a pochyliła się nade mną, podała mi pomocną dłoń i pokazała, że może być inaczej. Uczepiłam się jej rad, niby rzep psiego ogona, ale ona nie protestowała nawet wtedy, gdy nic nie dając w zamian, wciąż brałam bardzo wiele. Chciałam świętego spokoju i żeby nas w końcu zostawili same. Czy naprawdę tak trudno było zauważyć, że jesteśmy dla siebie stworzone? Ona nie istniałaby beze mnie, ja nie mogłabym dłużej funkcjonować bez niej. Jej odejście rozczłonkowałoby mnie na kawałki, umierałabym powoli w bolesnym niebycie.

An(na) mówi: możesz być piękna.
To bardzo proste, mówi, to taka łatwa droga. Nie męcz się ze sobą, już za dużo męczysz się z innymi, możesz być piękna, tłumaczy, tylko zacznij liczyć kalorie.
Słucham An(n)y, bo tylko jej słowa trafiają do mnie jak proca do celu. Jest moją królową, a ja wiernie i chętnie wykonuję rozkazy. Ona jedna słucha i rozumie, wie, że muszę zacząć dbać o siebie, że nie można całe życie ukrywać się przed lustrami.

Etykiety na produktach spożywczych stały się moim pobratymcami. Ich codzienna analiza porządkowała mój bałagan, uciszała hałas w głowie, który wcześniej nie ustawał. Tabele kalorii niczego nie ukrywają, mówią wprost: zjedz batona, a przytyjesz – teraz, zaraz, nawet jeszcze dziś. Nie zawiodą i nie zdradzą. Można na nich polegać.
Obserwowałam ludzi w sklepach. Nikt z nich nie czytał opakowań. Nikogo nie obchodził skład produktów wkładanych do koszyka. Myślałam sobie wtedy, jak to dobrze, że mam An(n)ę, jakie szczęście mnie spotkało w dniu, gdy stanęła w moim progu. O ile bogatsza się stałam, znając pułapki kalorii, potrafiąc je odszukiwać w najmniej podejrzanych miejscach. Najpiękniejsza zaś była świadomość, że nareszcie coś kontroluję, jedzenie stało się moim podwładnym, ja zaś jego królową.

Anna nie mówi: spójrz w lustro, jesteś piękna.
Anna mówi: nie patrz w lustro, wejdź na wagę, a kiedyś w końcu będziesz piękna.

Moja przyjaciółka ma na imię An(n)a i jest to przyjaźń aż po grób. 

Chudy wcale nie ma łatwiej

12/15/2012
Jeśli ważysz 100 kilo i decydujesz się na dietę, możesz być pewna, że każdy zbije z Tobą piątkę i pogratuluje słusznego wyboru. Dostaniesz odpowiednie wsparcie od rodziny i przyjaciół, nikt na imprezie nie będzie w Ciebie na siłę wlewał tuczącego piwa ani podtykał pod nos miski pełnej chipsów. Problem zaczyna się w momencie, gdy ważysz stosunkowo niewiele, nosisz rozmiar 36, a koleżanki zazdroszczą Ci idealnej figury. Spróbuj wtedy powiedzieć, że musisz zrzucić lekko z bioder, bo wykonujesz taki kosmicznie nieprzewidywalny zawód. Zostaniesz dziwadłem, a w najlepszym wypadku bulimiczko-anorektyczką. Niestety, ludzie, którzy nie obracają się w zwariowanym świecie modelingu (gdzie nie liczą się cyferki na wadze, ale centymetry w biuście, talii i biodrach) nigdy nie zrozumieją, że można przejść na dietę wyglądając jak modelka.

W liceum wychowawczyni zamartwiała się, że głoduję całe dnie lub też potajemnie wymiotuję w kiblu. Były rozmowy z moją mamą i zapewnianie, że wszystko ze mną w porządku. Do tej pory często słyszę: jesz dziwnie, wybrzydzasz, czemu nie jesz chleba, skoro już jesteś taka chuda. MODELKA MUSI BYĆ CHUDA. Przepraszam, to boli. To przykre i niefajne. Tak, chciałabym, żeby któraś z kampanii "koniec z Oświęcimiem na wybiegu, kości nie są sexy, niech brak cycków i płaskie tyłki przestaną lansować nowe trendy" naprawdę zmieniła świat modelingu i wywróciła go do góry nogami. Jestem jednak realistką i nie wierzę, że tak się stanie, przynajmniej nie w najbliższej przyszłości. Dlatego też, chudziny jedzące niewiele, lecz zdrowo - wspierajmy się wzajemnie. Nie jest łatwo przetrwać w krainie diety, kiedy nawet w Twoim ukochanym klubie fitness kobiety wciąż komentują: Pani to już chyba trening niepotrzebny... 

SHOW TIME, czyli pokaz mody od kuchni

12/12/2012
1. CASTING

Dostajemy wiadomość o castingu od agencji. Portfolio nie jest w tym wypadku najważniejsze, klient otrzymuje wcześniej od agencji kompozyt z naszym najmocniejszym zdjęciem oraz aktualnymi wymiarami. Obowiązkowo zabieramy ze sobą wysokie obcasy, w których czujemy się w miarę wygodnie i stabilnie. Nie ma sensu zakładać luźnych bluzek ani workowatych spodni, gdyż klient chce zobaczyć, jak na żywo prezentuje się nasza sylwetka. Na castingu do pokazu modelek są najczęściej całe tłumy, dlatego też tworzone są listy, na które się wpisujemy, a następnie cierpliwie czekamy na swoją kolej. Zdarza się, że czekać trzeba nawet parę godzin. Kiedy w końcu uda nam się dotrzeć przed oblicze projektanta, musimy zaprezentować nasz catwalk, czyli przejść się w tą i z powrotem tak, jakbyśmy chodziły na wybiegu. Jeśli przypadniemy do gustu, klient robi nam zdjęcie, a często również prosi o przebranie się w jeden ze strojów prezentowanych później na pokazie.



2. PRZYMIARKI

Najczęściej 2-3 dni przed pokazem. Znowu długie, nawet kilkugodzinne czekanie na swoją kolej. Wchodzimy, mierzymy wybrany dla nas przez projektanta strój, próbujemy się w nim przejść, ponownie udając wybieg, robią nam zdjęcie, czasami dopasowują ubranie do naszej sylwetki, jeśli gdzieś nie przylega idealnie, źle leży, odstaje.

3. CALL TIME

Pracując przy pokazie mody obowiązują nas dwa terminy: call time oraz show time. Pierwszy z nich to godzina, o której musimy się pojawić w miejscu pokazu, by odpowiednio wcześniej zdążyć z ostatecznymi przymiarkami i nauką choreografii. Na czas muszą się oczywiście wyrobić również makijażyści i fryzjerzy. Przykładowo: call time - dziesiąta rano, show time - dziewiąta wieczorem. Co robimy przez ten cały czas? Książki pod nosem, słuchawki w uszach, rozmowy z dziewczynami, krótka drzemka albo dużo mocnej kawy.



4. SHOW TIME

Długie godziny przygotowań dla kilkunastu minut na wybiegu.
Muzyka, światła i GO!
Ustawiamy się w ustalonej wcześniej kolejności za kulisami i czekamy na znak do wyjścia. Są emocje, nerwy, podekscytowanie. Po przejściu w jednym stroju, wracamy biegiem na backstage, gdzie jedna lub dwie pomocnice w ekspresowym tempie ściągają z nas pierwszy zestaw i pomagają założyć kolejny. Często dziewczyny nie wyrabiają się w przebieraniu i ustalona kolejność zostaje zachwiana. Robi się wtedy bałagan i rozgardiasz, bo dziewczyny wychodzą inaczej, niż powinny, jednak nie ma czasu na poprawki - show must go on - dlatego każdy działa na najwyższych obrotach. W końcu wychodzimy wszystkie razem, jedna za drugą na tzw. "finale". Po zakończonym pokazie, na backstage'u oklaskujemy projektanta i nareszcie możemy wracać do domu.


FASHION WEEK TOKIO







FASHION WEEK LONDON











POLSKA

Pokaz ECCO 2011
Pokaz Paprocki&Brzozowski 2010

Barcelona '08 (pamiętnik)

12/05/2012
14 czerwca 2008 rok,
Barcelona
Wiesz, jak się czuję? Jak piłeczka ping-pongowa odbijana z różną siłą o przeciwne części stołu. 
I wiesz co? Postanowiłam w przyszłym tygodniu pracować. Brakuje mi Szwedki. Przez chwilę tworzyłyśmy naprawdę zgrany zespół: dwie Polski, Szwedka, Hiszpanka i Chinka. Oglądając filmy, dyskutując o chłopakach, odczytując nawzajem swoje horoskopy. W poniedziałek zaliczyłyśmy Starbucksa i centrum handlowe. Kupiłam piękną, czerwoną sukienkę, a W. najdroższą torebkę świata. Było sporo śmiechu, totalna głupawka przez całą drogę do metra. Dzisiaj chciałyśmy opalać się na plaży, ale przez okno balkonowe widzę szare, brudne chmury - pewnie zdecydujemy się na zwiedzanie. Teraz wychodzę do marketu, bo moja półka w lodówce świeci pustkami. Jogurty, pomidory, mleko, jabłka - kiepska mieszanka śniadaniowa. Chciałam iść z W., ale nadal słodko śpi, a ja zaczynam pomału umierać z głodu. Ciao.

16 czerwca 2008
Barcelona
Sama nie wiem, od czego zacząć. Zbyt dużo we mnie emocji, z którymi muszę się zmierzyć w pojedynkę. Mieszkanie opustoszało. Zniknęły z szafy zwiewne bluzki W., zwolniło się łóżko pod ścianą, pokój numer jeden powiększył się o niezapełnioną przestrzeń.
A więc przede wszystkim samotność. Dotkliwa pojedynczość, której nie doświadczyłam od dawna.
Po drugie nostalgia. Chociaż chwilowa, to jednak pompująca do serca gorycz z jednakową siłą.
Po trzecie tęsknota - dziwna, bo na wyjazdach przeważnie nieobecna.
To tylko ten dzień, nienaturalnie rozlazły, rozciągnięty przesadnie na strunach przygnębienia. Dziwne, że tęsknię już po jednym tygodniu. Byłoby inaczej, gdyby W. mnie nie opuściła. Nie miałabym czasu rozmyślać o domu ani odczuwać odległości. Teraz jest tu ze mną hiszpańska sprzątaczka, która hałasuje, porusza się, napełnia mieszkanie ciepłem obecności. Boję się jej odejścia. Mogłaby już ze mną zostać, nic nie mówić, pracować w ruchliwym milczeniu, ale być mi towarzystwem, cichym i namacalnym. Kiedy stąd zniknie pewnie osłabnę w swych postanowieniach i zadzwonię do rodziców podzielić się z nimi moją dzisiejszą chandrą. Już 17:30, niebo szare, będzie padać albo tylko postraszy. Zjadłam urodzinowe ciasto z Hiszpankami - Ariana kończy dziś 20 lat. Zwykły, suchy biszkopt, wcale nie było smaczne, ale nie wypadało mi odmówić, skoro imitowało tort ze świeczkami.
W. musi już teraz siedzieć na pokładzie samolotu, wyglądać przez okno, być może tęsknić. Za Polską, chłopakiem albo za mną i Barceloną. Pięknie nam razem było. Dużo uśmiechu i mądrości, dużo przyjaźni dostałam przez ten tydzień. Kolejna modelka obalająca mit zakochanej w sobie gwiazdy, samolubnej egoistki o wygórowanych ambicjach. Nowa porcja wspomnień, nowe przeżycia, ulotne chwile, do których będę wracać pamięcią, do których tęsknić, cieszyć się, że były i żałować, że minęły. 
K. pisała o klasowych wagarach. Szkoda, że mnie ominęło kolejne klasowe picie. Oglądałam zdjęcia na naszej-klasie, musiało być naprawdę świetnie. Chyba mam ochotę na kanapkę z serem i awokado. Zjem, a potem wyjdę na spacer. Pójdę pod Sagradę, pooglądam pamiątki. Może nawet kupię coś na poprawę humoru...



Barcelona '08

12/01/2012
W. odpalająca papierosa na balkonie.
Mleczne promienie słońca o świcie. Okrutne o poranku.
Targi pełne owoców, zapachów i barw.
Bezsenne noce.
Skórzana kanapa w pokoju, na której i obiad i film i pogaduchy.
W. objadająca się mrożoną pizzą.
Zakupy z nutą głupawki.
Czerwona sukienka.
Najdroższa torebka.
Samotne ulice, samotne spacery, pojedynczy ślad odciśnięty na poduszce.
Zniszczone buty i te całkiem nowe.
Za dużo w biodrach.
Za mało w ogóle.

Modeling z pewnością nauczył mnie jednej rzeczy: nie oceniaj ludzi po pozorach.
Ocenianie ludzi bez poznania ich wnętrza jest jedną z naszych najbrzydszych przypadłości.






Dzienny jadłospis

11/29/2012
Dostaję od Was często maile z pytaniem o dzienny jadłospis. Wydaje mi się troszkę dziwne opowiadać o tym, co po kolei zjadłam danego dnia, ale skoro wciąż o to pytacie - spełniam Waszą prośbę i podaję dzisiejszy "jedzeniowy rozkład dnia".

śniadanie:
jogurt Jogobella light z dużą ilością płatków owsianych, orzechami, żurawiną i suszonymi wiśniami
kawa z mlekiem

II śniadanie:
kasza manna na mleku (szklanka mleka, 3 łyżki manny) z kaki, masłem orzechowym, jogurtowymi płatkami Fitness

15:00 
grande cappuccino na mleku sojowym ze Starbucksa 

obiad:
wrap pełnoziarnisty z serem żółtym, hummusem i sałatą lodową

kolacja:
serek wiejski z oregano, bazylią i 1/2 pomidora
garść orzechów (ziemne, włoskie, migdały, nerkowce)
mandarynki
czarna herbata

Barcelona part 1

11/26/2012
Tokio pokazało mi, jak ciężko jest modelce bez pracy. To pewnie frustracja podobna tej, jaką odczuwają niedoceniani piosenkarze, malarze czy aktorzy, tylko, że w ich wypadku ocenie podlega talent oraz warsztat artystyczny, w naszym zaś wygląd, wymiary, rzadziej uśmiech na twarzy i charyzma. Barcelona to miasto, w którym nie pracowałam w ogóle. Piękno Hiszpanii nie potrafiło uratować mnie przed skrajnie depresyjnymi myślami, zaniżeniem samooceny i częstym płaczem. Wspominając mój miesięczny pobyt w Barcelonie będę musiała po raz kolejny zniekształcić cukierkowo-bajkowy wizerunek modelingu, chociaż opowiem też o cudownych momentach, bo i takich było wiele :-) 

Dzisiaj na rozpoczęcie hiszpańskiej przygody pierwsza porcja zdjęć (nigdy nie byłam wybitnym fotografem, więc za jakość przepraszam).













Spotkanie z dziewczynami z Tokio

11/17/2012
24 maja 2008,
w pociągu do Warszawy
Gdyby nie mama tłukłabym się 5 godzin autobusem. Wyciągnęła właśnie nogi, czyta gazetę, zamknięta w kształcie swojej prywatności. Kto ma tam dostęp, ten jest szczęściarzem. Czasami, obserwując jej smukłą twarz, wystające kości policzkowe, wąskie oczy (nie jak moje - dziecięco okrągłe), kształtne usta, uświadamiam sobie moją wobec jej urody małość, wybrakowane powielenie, nieudaną kopię. Patrzę w lustro i zauważam to, czego nie ma, a być z racji genów powinno. Dziwnie łączą się ze sobą te zaczątki cielesności, zapowiedzi wzbogacenia świata o nowonarodzony krzyk. Ciekawe, co myślała moja mama pierwszy raz widząc w zaklejonych niewiedzą oczach własne odbicie. Dorastanie dziecka to dla rodzica bezustanny spacer po gabinecie krzywych luster.

Mam wrażenie, że stoję w miejscu, biernie przełykam każdy dzień, psuję swoją młodość i jestem przerażona. Może należałoby wymyślić się na nowo, sporządzić spis brakujących zalet i ruszać się, ruszać, być wszędzie obecną. Boję się swojej niewidzialności, nie lubię jej, nie chcę żyć przyjaźnią zamkniętą w fotografii. Tkwię w życiu "jak owad w kropli bursztynu", jeszcze oddycham młodością, a już nieruchomieję. Jest we mnie ciepło - brakuje pożaru. Jest we mnie skłonność - brakuje szaleństwa, jest też rozsądek - brakuje jego braku. Ludzie są mi potrzebni, lecz mam ich ciągle za mało.
   
Jem bułkę. Słońce upycha ciepło w rozrzedzeniach chmur, jasne plamy kładą się na obiciach siedzeń. Dojeżdżamy do Koluszek, przebudowują stację. Pamiętam poranną przesiadkę podczas grudniowej podróży z dziadkiem. Modlę się o kolejną pracę, a jej nie dostaję. Nie narzekam - nie rozumiem. 


19:15,
pociąg powrotny do Częstochowy
To nie Tokio zbudowało między nami most porozumienia. Same, z własnej woli nauczyłyśmy się siebie nawzajem, a mimo to wkleiłam nasze twarze w jakiś nieruchomy pejzaż, zasuszyłam gesty, wzruszenia, dyskusje. To, co nas bawiło, smuciło, zajmowało, brało swój początek ze wspólnego doznawania. Wspólna codzienność zobowiązuje do akceptacji, a akceptację od przyjaźni oddziela cienka linia. Uwielbiam moje japońskie dziewczyny, ale ciesząc się ich obecnością jednocześnie umieram z tęsknoty i uginam się odruchowo pod ciężarem świadomości, że już nie będziemy takie same, jakie byłyśmy razem w Tokio. Trzeba pamiętać każdy ranek, każdy wieczór, jazdy na castingi, McDonalda w środku nocy, sake, głupawki, zakupy, naleśniki, mandarynki jedzono o trzeciej nad ranem. 
  
Spałaszowałam dzisiaj świetne sushi. O., Warszawianka z urodzenia i wyboru, zaprowadziła nas w sprawdzone miejsce, gdzie sushi jest nie tylko smaczne, ale i w przyzwoitej cenie. K. oczywiście poprzestała na coli z lodem, ale przecież ją za to kochamy. Potem wylądowałyśmy na lodach w Mc, a ja nie mogłam się przyzwyczaić do K. rezygnującej z ulubionego McChickena. Jakoś mi przykro, że pozmieniały jej się smaki. Chyba chciałabym zatrzymać obie niezmienione, przekalkowane ze wspomnień na płaszczyznę teraźniejszości. Ja również musiałam im się wydać inna, gdy z zapałem pochłaniałam loda z podwójnym karmelem. 







(Zdjęcia znalezione w Internecie. Nie są mojego autorstwa.)
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
SZABLONY RZECZYLADNIEJSZE.PL