Marty Radzą: zakochaj się w sobie

5/18/2014
Opieram się o kuchenny blat i wpatruję w chodniki napęczniałe deszczem. Od dwóch dni czuję, jak zalewa mnie fala nieprzyjaznych myśli, smutnego zwątpienia w siebie, swoje ciało, swoją przyszłość. Próbuję zwalić winę na szarobure niebo, płaczące ciężkimi strugami za oknem, ale wiem, że problem leży głębiej, że problem leży we mnie.

- Co jest, co taka zamyślona?
- Chyba już nie lubię siebie... Tyłek mi obrósł tłuszczem, w spodnie się nie mieszczę, mam cellulit, a zaraz pewnie dojdą i rozstępy.
- Ej, miałaś być normalna! Obiecałaś, że będziesz już normalna.

Czasami człowiek nagle tyje. Po restrykcyjnej diecie, po ciężkiej chorobie albo po prostu - z powodu zwykłego procesu dojrzewania. W krótkim czasie uda stają się większe, spodnie przestają pasować, a brzuch jest mniej płaski, niż kiedyś. Niektórzy nie potrafią tego zaakceptować - obsesyjnie myślą o swojej wadze i wymyślają czasami głupie sposoby jak się jej pozbyć. Jak przyzwyczaić się na nowo do swojego wyglądu i co najważniejsze - jak zaakceptować siebie? Razem z Martą, autorką bloga Codziennie Fit, wracamy do was z dawno nieodświeżanym cyklem Marty Radzą. 




Jestem stuprocentową gruszką: chudziutkie ramiona, 57 w talii, za to uda i biodra chłoną tłuszcz z powietrza. Wszystkie zamówione pizze omijają płaski brzuch i maszerują zgodnie w dolne części ciała. Kiedyś czytałam, że jeden kilogram na wadze to jeden centymetr więcej w pasie. Widocznie w moim przypadku Matka Natura postanowiła trochę zamieszać i pozmieniać proporcje, bo każdy skok na wadze to ciaśniejsze spodnie. Aby więc utrzymać dobrze widziane w modelingu 87 w biodrach, musiałam schudnąć do 48 kilogramów. Po Tokio dopadł mnie tak zwany efekt jojo, miałam wrażenie, że wszystko, co zjadam od razu rozbudowuje podatne na grubnięcie uda. Chciałam jeść normalnie, starałam się nie myśleć o tym, jak z dnia na dzień zmienia się moje ciało. Znajomi odetchnęli z ulgą, bo w końcu mogli złożyć się ze mną na pizzę, poczęstować chipsami, wyjść na lody i wieczorne piwo. 

Na początku rzucałam się na wszystko, co przed wylotem do Tokio było zabronione. Nie przejmowałam się tym, jak i kiedy jem do momentu, w którym zauważyłam, że nie wchodzę już w ulubione spodnie, a przy codziennym rytuale mierzenia bioder, regularnie oblewałam się zimnym potem: 88, 89, 90... 
Czy wyglądam jak okrągła kluseczka? Nie.
Czy wyglądam, jak gdybym nigdy nie ćwiczyła? Nie.
Czy mieszczę się tylko w rozmiar 40? Nie.
W czym więc do cholery leży problem?
Oczywiście modeling wymaga od dziewczyn mniejszych rozmiarów w biodrach niż 90, ale ja jestem na finiszu mojej "zawrotnej" kariery. Jeśli wszystko dobrze pójdzie, to od października będę znów kreślić znaczki na japonistyce. Znam swoje ciało, wiem, jak reaguje na większą niż podczas diety ilość jedzenia, a jednak patrząc na swoje odbicie w lustrze nie potrafię znaleźć równie dużej akceptacji, jak wtedy, gdy ważyłam 48 kilo. Nie, nie będę się na powrót katować dietami (chyba, że zadzwoni Ania Wintour i mnie o to poprosi). Chcę wrócić do normalnych posiłków, normalnego trybu życia, chcę zaakceptować siebie taką, jak teraz - bez wyrzutów sumienia, rozpamiętywania dawnych nawyków. Jeszcze nie zwariowałam, mam świadomość tego, że wciąż jestem wyjątkowo szczupła (ważę obecnie 52 kilo) i staram się z całych sił wierzyć w słowa moich najbliższych, zapewniających mnie, że 2-3 centymetry więcej nie stanowią wcale o wyglądzie człowieka.

- Przepraszam, wiem, miałam być normalna.
- Nie przepraszaj, głupku, teraz jesteś idealna.

Każdy przypadek jest inny, dlatego absolutnie nie uważam, że mogę komukolwiek dyrygować podczas mozolnego procesu samoakceptacji. Gdy nasze ciało zaczyna się zmieniać, warto słuchać najbliższych, szukać wsparcia u przyjaciół, a przede wszystkim robić dla siebie jeszcze więcej niż dotychczas. Popatrzeć na swoje odbicie w lustrze łagodniejszym wzrokiem, znaleźć coś, na czym do tej pory nie skupialiśmy uwagi. Posmarować rozświetlającym balsamem ramiona, jeśli brzuch wolimy ukryć pod przydługim swetrem. Twarz ożywić czerwienią nowej szminki, by nie przejmować się tak bardzo szerszymi spodniami. Znaleźć w sobie element piękna nieodkryty do tej pory i eksponować go tak, jakbyśmy zamieniły się ciałami z Angeliną Jolie. 

32 komentarze:

  1. Lubię, jak otwarcie piszesz o samoakceptacji. Nie stawiasz się "ponad", nie piszesz, że "rozumiesz problem, bo ktoś tam coś tam". Piszesz, że każdy ma takie myśli, kompleksy - nawet taka olśniewająca kobieta jak Ty. Olśniewająca, bo nie tylko piękna, ale także inteligentna i bardzo ciepła. Trzymam za Ciebie kciuki, być powróciła do "normalności" bez gorzkich myśli, a z pamięcią ciepłych słów osób najbliższych - które często dzięki obiektywizmowi najlepiej wybiją z głowy każdą głupią myśl.

    OdpowiedzUsuń
  2. Fajny wpis :-) pewnie jesteś wysoka wiec 52 kg to i tak malo :-)

    OdpowiedzUsuń
  3. Świetny wpis, pokazujący co tak naprawdę człowiek czuje, kiedy zachodzą zmiany w jego ciele. Niby parę centymetrów, kilogramów więcej/mniej to niby nic ale jednak nie do końca. Sama od pewnego czasu przyzwyczajam się do nowej figury, a to dlatego że schudłam (bez diety, tylko ćwiczenia) i ważę teraz poniżej 50 kg. Tak jak Ty, jestem typową gruszką i odkąd pamiętam, to nigdy nie miałam super szczupłych nóg. Teraz prawie ich nie poznaję kiedy widzę swoje odbicie w lustrze. Pewnie to jest kwestia tego, że w głowie nadal mam widok nóg, jakie wcześniej miałam. Niemniej jednak, z całą stanowczością mogę powiedzieć, że dobrze się czuję w swoim ciele, akceptuję go.

    OdpowiedzUsuń
  4. Mam tak samo! <3 Tylko ja nie mogę odpuścić, bo właśnie Tokio "podbijam" w te wakacje.

    OdpowiedzUsuń
  5. Oj dziewczyny, żadna z Was nie wie, co to znaczy być grubym...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale tutaj nie chodzi o bycie grubym. Anorektyczki nie czują się wcale chude, warząc 35 kilogramów...
      Post traktuje o akceptacji swojego zmieniającego się ciała - rosnącej lub też malejącej wagi.

      Usuń
    2. Przekaz trafił do mnie, jednak dla mnie to niepojęte jak dziewczyna Twojego pokroju może nienawidzić swojego ciała. Chudych dziewczyn się nie wyzywa ani nie zaczepia na ulicy, bo nie odstają od normy, a wręcz przeciwnie - rozmiar XS jest w dzisiejszych czasach niezwykle pożądany. Zgrabna, szczupła dziewczyna wmawia sobie, że jest brzydka i szuka drugiego dna w każdym wypowiedzianym do niej komplemencie.

      Mnie odkąd sięgam pamięcią przekreślono ze względu na moją tuszę (a może to ja siebie przekreśliłam), dlatego zawsze kiedy słyszę od swoich chudych jak patyki koleżanek, że czuja się nieatrakcyjne to się zastanawiam, jak ja się powinnam czuć. Ważyłam na początku tamtego roku prawie 100 kg, dziś ważę 78 kg przy 178 cm wzrostu, dopiero gdy schudłam ucichły te wyzwiska i nawet czasem mam wrażenie, że podle się traktowałam przez te 16 lat.

      Dlatego nie potrafię zrozumieć ładnych i szczupłych dziewczyn, im raczej nikt nie powiedział, że zamiast po ulicy to w chlewie powinny paradować czy są piękne jak słońce, aż patrzeć nie można, bo porazić może.

      Pozdrawiam.

      Usuń
    3. Kochana! Po pierwsze nigdzie w poście nie użyłam słowa "nienawiść" w stosunku do własnego ciała. Doskonale rozumiem, że dla większości dziewczyn nie będących modelkami moja sylwetka jest wręcz idealna. Dbam o ciało, staram się zdrowo odżywiać (co nie jest równoznaczne z byciem na diecie), ruszać się możliwie jak najwięcej (czyli i tak zawsze za mało, bo jestem strasznym leniem).

      Przez to, że od 16 roku życia miałam niedowagę, przyzwyczaiłam się do swojej chudości i każdy dodatkowy kilogram wydaje mi się, hm, niedopasowany. Oczywiście rozumiem, że możesz odczuwać złość i niezrozumienie czytając moje biadolenia.

      Pozdrawiam Cię bardzo serdecznie i życzę jak najwięcej uśmiechu, spełnienia i samoakceptacji. Każdej z nas jest to potrzebne, bez względu na rozmiar spodni! :)

      Usuń
  6. Od 10-u lat żyję dokładnie tak... Czasem jest piekielnie Glupio kiedy człowiek WIE że marnuje życie bo ma pochrzanione podejście do Żarcia I Swojego Wizerunku Czasem krzyczę w duszy Ratunku..

    OdpowiedzUsuń
  7. Właśnie siedziałam samotnie w pokoju i zastanawiałam się czy tylko ja non stop martwię się swoją waga, kaloriami itp. Wchodzę na twojego bloga a tu proszę! Od razu uśmiech pojawił mi się na twarz, bo zdałam sobie sprawę że w dzisiejszych czasach praktycznie każda młoda dziewczyna ma problem samokceptacją.. Trzeba z tym walczyć, bo przeważnie tylko my jedyne zwracamy uwagę na niedoskonałości w naszym ciele.
    Mam bardzo podobnie do Ciebie, moja waga ciągle się waga, tylko odpuszczę sobie dietę na kilka dni a z wagi 45 kilo zmieniam się w 48- kilową nieszczęśliwą dziewczynę uhh..
    Bardzo dziękuję za ten wpis! Tylko więcej takich szczerych, miłych osób na świecie. ;)

    OdpowiedzUsuń
  8. Jak udało Ci sie zejść do 48kg? Bardzo wazne, sama mam 90cm w biodrach a do 10lipca ma byc 87cm, podbijam rownież Japonię. bardzo prosze o pomoc!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Odrzuciłam wszystkie niezdrowe przekąski, starałam się pić jak najmniej alkoholu, nie jadać na noc, kolacje niewielkie, białkowe. Chleb sporadycznie, głównie twarożki, lekkie sosy, kasze, pełnoziarniste makarony. Na śniadanie owsianki na wodzie z owocami, serkiem wiejskim albo jogurtem. Trochę biegania, siłownia, domowy stepper.

      Usuń
    2. Dziekuje Ci bardzo Marto! ile jadlas posiłków dziennie, liczyłas kalorie? ile bylas na tej diecie?

      Usuń
    3. Około 5-6. Nie liczyłam kalorii, bo większość potraw komponowałam sama, więc nie miałam rozpisanych żadnych tablic kalorycznych. Na diecie byłam od momentu, w którym dowiedziałam się, że muszę schudnąć aż do wylotu do Tokio - jakieś 2,5 miesiąca.

      Usuń
  9. wiesz... u ciebie to kilka cm , kilka kg. Gdy ja pozwoliłam sobie wyzdrowieć z anoreksji i nie pilnowałąm ułożonej po wyjściu z "odwyku" diety ni stąd ni z owąd było mnie dwa razy więcej ! Tak ! W ciągu pół roku terapii żmudnie pracowałąm by przytyć z 35 do 53kg, nikt nie zaiteresował się narastającą we mnie obsesją jedzenia, która na wolności poskutkowałą przybyciem do 70kg w ciągu roku. Nawet nie wiesz jak trudno jest dotyka swoje ciało i mieć poczucie jakby było przyczepione, obce, nie "twoje". Jak to jest psychicznie dalej być chudziną uwięzioną w ciele wieloryba , i jak żyć ze świadomością że sama sobie to zrobiłam, a wszelkie próby naprawiania tego karane są krzykiem i płaczem najbliższych i bębniącym w uszach " nie każ nam przechodzić znów przez to samo"....

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo dziękuję Ci za ten komentarz i życzę wszystkiego, co najlepsze. Przede wszystkim zdrowia i pogody ducha! Ściskam mocno.

      Usuń
    2. Tak poza tym, zdajesz sobie sprawę, że nadal masz kilka kg niedowagi, ważąc te 52 kg?

      Usuń
    3. Doskonale zdaję sobie z tego sprawę.

      Usuń
  10. Marta, jakkolwiek oklepanie to zabrzmi ;))) w samoakceptacji "cielesnej" pomaga regularna aktywność fizyczna. Ale regularna, to bardzo ważne :) ciało przyzwyczaja się do regularnego wysiłku, nie odkłada tłuszczu, bo wie, że każda nadwyżka zaraz zostanie spalona. Zmienia się świadomość ciała i przestaje już chodzić o chudość, ale o zachowanie szczupłej zgrabnej sylwetki. Ja też jestem gruszką- nigdy nie miałam i nie będę miała w biodrach mniej niż 90 cm. Ale pogodziłam się z tym, bo od wielu lat mam 91- 92 cm i to się nie zmienia, ile słodyczy bym nie jadła :P no i nie mam już 20 lat... ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zgadzam się w 100%, dlatego też bardzo usilnie próbuję rozkochać się w sporcie! ;)

      Usuń
  11. Kolejny świetny wpis, bardzo prawdziwy. Uwielbiam Twojego bloga właśnie za tą szczerość. W czasach nieustannego "kreowania wizerunku" mało kto potrafi publicznie przyznać się do drobnych słabostek czy niedoskonałości.
    Ostatnio widzę wśród chudych osób 2 tendencje: albo pozowanie z kawałami ciasta "patrzcie jaki mam szalejący metabolizm, omomom jem ile chcę i dalej taka chuda", albo pisanie jakie to pizza, drinki czy piwo są odrzucające( "no któż nie woli pochrupać marchewki, zamiast kupować te syfiaste McFlurry?"). Tak jakby napisanie przyznanie się że szczupła sylwetka to nie cudowny dar, a efekt ciężkiej pracy było czymś wstydliwym.
    Ja też jestem bardzo szczupła, ale nieobcy mi dyskomfort, gdy sięgam po centymetr po intensywniejszych okresach imprezowo/grillowych... i dziękuję Ci że pozwalasz się ze sobą utożsamiać a nie starasz się być kolejnym podmiotem zazdrości co to chudnie od niezdrowego jedzenia, lub w ogóle go nie jada ;)

    OdpowiedzUsuń
  12. ja co prawda modelingiem zajmuje sie amatorsko, zaczelam troche za pozno, poza tym nie wtrafilam sie az tak dobrze w kanony piekna ktore obecnie pasuja. nastepne poza tym - w kanadzie nie ma fashion.. nic, zero. mozna pozowac do gazetek supermarketow. albo pojechac do stanow. tak czy siak, dla mnie to za pozno, mam 23 lata.
    ale pamietam z niecaly rok temu wizyte w jednej z agencji. scout byl bardzo zadowolony z mojego ciala od pasa w gore, bardzo podobala mu sie moja talia i ogolnie proporcje, ramiota itp. ale gdy zmierzyl moje biodra i wyszlo 91cm to sie mnie pyta czy nie jem za duzo makaronu.. haha tego pytania chyba nie zapomne do konca zycia :)) kazda agencja w ktorej bylam chciala abym zgubila "at least 1 inch", czyli min 2,5cm! jakby to bylo takie proste, na zawolanie.. :)) a scout na dodatek przez cala nasza rozmowe mial na sobie okulary przeciwsloneczne.. w swoim biurze.. masakra haha :P

    Ania, http://taffydream.net/blog/

    OdpowiedzUsuń
  13. Wiem, że nie czekasz na komentarze typu "chciałabym mieć taki problem"... Więc nic nie powiem ;) Ale zawsze dobrze jest wiedzieć, że modelki to też ludzie ;)

    OdpowiedzUsuń
  14. No właśnie, co zrobić z tymi udami? Ćwiczę od kilku miesięcy, brzuch co prawda płaski, ale uda jak były tak są... grube :/ jakie ćwiczenia robić?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niestety nie jestem znawczynią w tym temacie, gdyż sama walczę od zawsze z udami i jest to walka niezwykle trudna i mozolna. Poszukaj ćwiczeń stricte na uda w internecie, myślę, że głównie to rozciąganie, wymachy itp. Wielokrotnie słyszałam o zaletach pilatesu, może wypróbujesz?

      Usuń
    2. Dziękuję :) Też słyszałam o pilatesie, ale zastanawia mnie czy będą po nim efekty, czy nie jest to bardziej rozciągające niż odchudzające...

      Usuń
    3. Myślę, że rozciąganie = wysmuklanie ;)

      Usuń
  15. Uwielbiam Cię, jesteś cudowna. Nie robisz z siebie gwiazdeczki, tylko mówisz o rzeczach, które spotykają każdą kobietę. Nie warto katować się dietami i patrzeć negatywnie w lustro, bo skutki mogą być nieopłakane...Jesteś piękna i Twoi najbliżsi dobrze mówią, bo nawet od przytycia 4 kg wiele się nie zmieni. Believe in yourself :*

    OdpowiedzUsuń
  16. Też jestem typową gruszką, na nogi bardzo dobrze działa rower stacjonarny. Ja w ten sposób schudłam z ud ok. 6 cm jeżdżąc na przerzutce 1 - najlżejszej (bez diety). Jeśli nie próbowałyście to polecam. Życzę powodzenia i pozdrawiam ciepło :-)

    OdpowiedzUsuń
  17. jejku dużo mi dało przeczytanie tego wpisu i wszystkich komentarzy :) Wszyscy zazdroszczą mi, że mam świetną figurę i wgl, nawet w tramwaju podszedł do mnie jakiś koleś i dawał mi wizytówki do agencji modelek ale to chyba nie dla mnie ^^ ale ja mam problem bo ostatnio schudłam sporo (rok temu ważyłam koło 60 kg a teraz 54 z czego większość niedawno) i strasznie boję się efektu jojo :/ już raz tak miałam i byłam bardzo nieszczęśliwa... nie chcę już chudnąć ale chciałabym taka zostać jak w tym momencie i denerwuję się na każdą dodatkową mniej zdrową rzecz jaką zjem xd będę powoli próbować żeby nie katować się bo bez tego życie też nie ma sensu ^^ Trzymajcie kciuki :)

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
SZABLONY RZECZYLADNIEJSZE.PL