Normalność jest nudna?

4/15/2015
Obserwując kampanie znanych domów mody można odnieść wrażenie, że w naszym społeczeństwie istnieją jedynie dwa typy kobiecej sylwetki: rozmiar zero i size plus. Gdzieś między wyścigiem po idealną figurę, a wystawianiem transparentu "lubię swoje zwałki tłuszczu", kobiety zatraciły swobodę i NORMALNOŚĆ. W mediach królują odessane celebrytki, prężące ciała na okładkach Shape i Women's Health - każda żyje zdrowo, ogranicza tłuszcze, nie jada wieczorami, unika alkoholu. Modelki mają wybór: albo zostanę wieszakiem i na kilka ładnych lat rozstanę się z Nutellą, albo przytyję ze dwadzieścia kilo i zostanę szczęśliwym, okrągłym "plus sajzem". Normalność jest nudna? Trudna do ogrania? Rozglądam się wokół moich koleżanek i żadna nie wygląda tak:


Ani tak:


Zastanawiam się więc, na ile kontrowersyjna musiałaby być kampania z NORMALNYMI kobietami, by ktokolwiek w ogóle zwrócił na nią uwagę. To smutne, że przemysł mody nie potrafi docenić, jak miło jest się zatrzymać pomiędzy skrajnościami. Normalność nie jest nudna. Normalność jest sexy. 

Domowa granola

4/10/2015
Po świątecznych śniadaniach składających się głównie z mięsiwa, jaj i białego pieczywa, z ulgą wracam do chrupiącej, domowej granoli. Moje musli składa się zawsze z nieco innych składników, gdyż korzystam z tego, co akurat mam "pod ręką", ale skoro już kilka osób poprosiło o przepis, to podaję kombinację, do której wracam najchętniej. Możecie ją do woli urozmaicać, mieszając ulubione orzechy, nasiona i suszone owoce.


DOMOWA GRANOLA

płatki owsiane i pełnoziarniste
orzechy włoskie, migdały
pestki dyni i słonecznika
suszona żurawina, morele, figi
płynny miód 

Piekarnik nagrzewamy do 175 stopni. Orzechy i migdały kroimy na mniejsze kawałki. Dodajemy do pestek i płatków, mieszamy z miodem tak, by składniki dobrze się skleiły, a następnie przekładamy na blachę wyłożoną papierem do pieczenia. Pieczemy przez 20 - 30 minut. Suszone figi i morele kroimy w kawałki, dodajemy do upieczonej granoli razem z żurawiną. Śniadanie gotowe!


5 porad, jak przygotować się do sesji zdjęciowej

4/02/2015
Wbrew pozorom nie wystarczy nastawienie budzika na odpowiednio wczesną porę i sprawdzenie na mapie, gdzie znajduje się studio. Do naszych obowiązków należy również właściwe przygotowanie ciała oraz zabranie ze sobą niezbędnych przedmiotów. O czym powinna pamiętać profesjonalna modelka przed dotarciem na plan? 


1.     Wystarczająca dawka snu
Zrezygnuj z imprezy w klubie czy spotkania przy winie i pozwól skórze odpocząć. Wieczorem  skorzystaj z dobrodziejstw, jakie niesie relaksująca kąpiel, posłuchaj muzyki, poczytaj książkę i spróbuj zasnąć wcześnie. Pamiętaj, że nawet najlepszy makijaż nie zamaskuje zmęczenia, a jeśli położysz się do łóżka zbyt późno, przez całą sesję będziesz walczyła z opadaniem powiek.

2.      Depilacja.
Choć wydaje się rzeczą całkowicie oczywistą, wielu fotografów narzeka na nieprzygotowane do pracy modelki, których ciała muszą dodatkowo depilować Phtoshopem. Nie tylko dokładna depilacja nóg, pach i okolic bikini, ale również usunięcie ciemnych włosków z przedramion znacznie ułatwi pracę fotografa.

3.      Świeżo umyte włosy.
Ważne, by na sesji pojawić się w naturalnie pięknych włosach, których nie zaplatamy na noc w żadne koki lub warkocze, gdyż spowoduje to niepotrzebne pofalowanie i zniekształcenie fryzury. Na sesję wystarczy świeżo umyta głowa – resztą zajmie się fryzjer.

4.      Twarz sauté.
Dla wielu dziewczyn wyjście z domu bez nałożonego podkładu lub muśnięcia rzęs mascarą to nie lada wyzwanie, jednak na sesji zdjęciowej i tak zostaniemy pozbawione całego makijażu, więc nie warto męczyć cery dodatkowym pocieraniem.

5.       Odpowiednia bielizna.
Modelka powinna koniecznie zabrać ze sobą cielistą i czarną bieliznę. Nigdy nie wie, w jakiej stylizacji przyjdzie jej pozować, dlatego dobrze zaopatrzyć się zarówno w jasny, jak i ciemny biustonosz oraz stringi. Sesja zdjęciowa trwa zazwyczaj od 3 do 6 godzin, więc warto pamiętać o zabraniu pożywnego lunchboxa, wody mineralnej i zdrowych przekąsek, które dodadzą energii między ujęciami.

Kobieta zmienną jest

3/28/2015
Czasami myślę, że fajnie byłoby stanąć przed lustrem i nie móc się rozpoznać. Kobiety mają w tej kwestii ułatwione zadanie, bo wystarczy nowy kolor włosów lub ścięcie ich na krótko, by twarz nabrała innego wyrazu, a pewność siebie wzrosła. Muszę przyznać, że platynowy blond zafundował mi poczucie kompletnej odmienności: przez długi czas wchodziłam rano do łazienki i nie potrafiłam rozpoznać w odbiciu własnej buzi. Nie polecam jednak nikomu tak silnego rozjaśniania  - można dokonać zmian o wiele mniej drastycznych, a równie zauważalnych, nie szkodząc przy okazji ciału i urodzie. Czy zmiany wizerunku są faktycznie potrzebne? Myślę, że tak, gdyż w jakimś stopniu kształtują osobowość, wpływają na to, jak czujemy się we własnej skórze i pozwalają zrozumieć, dlaczego tak naprawdę chcemy cokolwiek zmienić. Jasne włosy były propozycją wysuniętą przez bookera, ale przystałam na nią ochoczo, gdyż od dawna marzyłam o pierwszym farbowaniu. Większość koleżanek rozpoczęło przygodę z farbami już w liceum, ja natomiast zawsze lubiłam swój naturalny kolor. Nadszedł jednak moment, w którym poczułam, że bardzo chcę coś zmienić, sprawdzić się w nowej fryzurze i nowym wizerunku. Chyba każdej blondynce przeszło kiedyś przez myśl, jak wyglądałaby w hebanowych lokach, a brunetkom choć raz zamarzyły się ogniste rudości lub złote refleksy. Niestety rozjaśnianie nie było mądrym pomysłem. Włosy stały się rzadkie, bardzo przesuszone, na dodatek odrost tak silnie kontrastował z bielą na głowie, że wizyta u fryzjera stała się comiesięczną koniecznością. Pielęgnacja takich włosów nie należy do przyjemnych, wymaga kosztownych produktów i ciągłego nawilżania oraz pilnowania, by biel nie przeszła w brzydkie "żółtko". Nawet codzienny wybór stroju może przysporzyć trudności, gdyż wiele kolorów w połączeniu z platyną daje tandetny efekt końcowy. Obecnie całkowicie zaprzestałam farbowania i jedynie skracam włosy, by stopniowo pozbywać się ostatnich jasnych końców i wrócić do własnego, naturalnego blondu. 


Odkąd nie mogę już kombinować z wyglądem swoich włosów, zaczęłam poszukiwać nowych trików w makijażu. Dobrze się przy tym bawię, bo uwielbiam kosmetyki, a od wszelkiego rodzaju szminek jestem uzależniona. Z okazji urodzin dostałam od rodziców magiczną pomadkę Diora, która dopiero po chwili nadaje wargom lekkiego zabarwienia, podkreślając wyłącznie naturalny kolor ust (Dior Addict Lip Glow, kiedyś już pokazywałam ją na blogu, więc tylko krótko przypominam). Rozkochałam się ostatnio również w konturówkach, choć stosuję je najczęściej na całą powierzchnię warg, nie tylko do obrysowania. Kolejne odkrycie to modelujący bronzer od Inglota, który nieco przypomina wycofany z produkcji róż firmy MAC w odcieniu "Strada" (mój osobisty Kosmetyk Wszech Czasów!). 


Zmiany, jakie fundujemy naszej twarzy poprzez odpowiedni makijaż nie są tak diametralne, jak śnieżna biel na włosach, ale mogą sprawić, że poczujemy się lepiej i choć trochę inaczej. Oczywiście wszystkie jesteśmy najpiękniejsze tuż po przebudzeniu, a najcenniejszy kosmetyk to nasz szczery uśmiech, jednak nie bez powodu już Owidiusz opiewał zalety trudnej sztuki damskiego makijażu... 

„Najpiękniejsza z kobiet gaśnie
jeśli zabiegów nie czyni
dookoła swojej toalety,
choćby miała czar Bogini”


24 wiosny

3/21/2015
Nie przywiązuję wielkiej wagi do postanowień noworocznych, Sylwester nie jest dla mnie w żaden sposób przełomowy, a snucie planów i robienie podsumowań zostawiam na kolejny 21 marca. 

Dzisiaj czuję się dziwnie. Zawieszona między cudownością wspomnień a spoglądaniem w przyszłość. Być może to wina notorycznego niewyspania, z którym męczę się już od ponad tygodnia. Nie rozumiem, dlaczego mój organizm ze mną nie współpracuje i nie pozwala odespać nawet w wolny weekend. Od rana rozmyślam nad tym, co dotąd osiągnęłam, jakie kraje zwiedziłam, ilu ludzi poznałam. Wspominam życie w stolicy i słoneczną Saską Kępę, która pozostaje moją ukochaną dzielnicą Warszawy. Sięgam pamięcią do liceum, do bliskości przyjaciół, do prozaicznych problemów i szalonych wyjazdów. Z największym rozrzewnieniem wracam też do dzieciństwa, które było dokładnie takie, jakie być powinno. Zapach babcinej kuchni i jej czerwony szlafrok, dziadek z nosem w gazecie, huśtawka w przedpokoju. S. tak blisko i zawsze zbyt daleko, nasza bujna wyobraźnia, wspólnie pisane książki. Tęsknota za mamą, niewidzianą kilka godzin, rodzinne święta, wakacje i tyle słodkich marzeń.

Kiedyś chciałam być aktorką, a później pisarką. 
Zawsze pilna, trochę niezdarna, z paskiem na świadectwie.
Noga z wuefu. Bałaganiara. Maruda. Konformistka. 
Nie lubię robić tego, w czym nie jestem doskonała.
Ciągle boję się, że w niczym nie będę doskonała.


Od dłuższego czasu stoimy po dwóch stronach rzeki. Jedno spojrzenie na nurt, który połyka napotkane przeszkody, wystarcza, by rozwiać wszelkie wątpliwości: przejście będzie trudne, prawie niemożliwe i tylko słowo prawie utrzyma nas przy życiu. 

Cholerny Nowy Jork

3/16/2015
J. siada przy oknie i odpala papierosa. Znamy się zaledwie dwa tygodnie, ale przede mną nie musi niczego ukrywać. Właściwie już po tygodniu znajomości ufałyśmy sobie na tyle, by rozmawiać o najmniejszych błahostkach i najskrytszych sekretach. Czekam w ciszy, opierając się o blat stołu. Kuchnię rozświetla mleczne światło żarówki, w kubkach stygnie herbata z cytryną. Jesteśmy same, nasza współlokatorka wyszła, jak zwykle na imprezę albo do znajomego. Odpowiada nam taki układ - kiedy wychodzi, pokładamy się we dwie na kanapie, zamawiamy chińszczyznę i oglądamy namiętnie "America's Next Top Model". Tym razem jednak telewizor milczy, ja obserwuję bacznie J., ona wpatruje się tępo w dziedziniec za oknem. Słowa trudniej wypuścić z ust, niż tytoniowy dym.

- Chciałabym już wrócić. Cholerny Nowy Jork. 

Ktoś mógłby nazwać nas niewdzięcznicami. Modelki to przecież największe szczęściary! Dostały ładną buzię i długie, zgrabne nogi, a w gratisie jeszcze bilet lotniczy bez daty ważności.

Twarz J. wygląda nienaturalnie bez ciepłego uśmiechu, chyba po raz pierwszy widzę ją tak smutną. Dzisiaj nie w głowach nam durny program o modelkach, dzisiaj dzwonił ON i wszystko się zmieniło. ON jest daleko, ON chciałby już być blisko, ON nie rozumie, po co te wyjazdy. Przecież mogłaby siedzieć w domu, znaleźć inną pracę, ON by się wszystkim zajął i mogliby być razem. 


Od Nowego Jorku minęło osiem lat. JEGO już nie ma, pojawiali się kolejni, równie nieufni i mocno sceptyczni wobec zawodu modelki. Każdy wyjazd J. opłaciła łzami, kłótniami, bolesnym rozstaniem, bo wyznania miłości padają tym łatwiej, im częściej na żywo słyszymy odpowiedź. Dziś wiem, że tęsknota to dwojakie uczucie - piękne, bo jest wyrazem głębokiej miłości i toksyczne, bo smutkiem zatruwa codzienność.

Co u mnie nowego?

3/07/2015
To był dobry poranek, chociaż budzik zadzwonił o jakieś milion godzin wcześniej, niż wypada w soboty. Okazuje się, że dzień można rozpoczynać bez kawy, pod warunkiem, że czeka na nas słodkie jak miód śniadanie. Dzisiaj mango z domową granolą zalane mlekiem ryżowym. Nie mogłam przestać jeść, przez co prawie spóźniłam się na tramwaj - akurat, kiedy zamiast ukochanych New Balansów miałam na nogach botki na obcasie (wierzcie mi, bieganie w nich to żadna przyjemność). Tramwaj zaskoczył mnie przy Filharmonii, gdyż z niewiadomych przyczyn pojechał prosto, zamiast skręcić w kierunku Bagateli, zostałam zatem zmuszona do krótkiego spaceru od Placu Wszystkich Świętych. Odkryłam dzięki temu, że krakowski Rynek o 7:50 w sobotę wygląda, jak zupełnie inne miejsce - bez gołębi, bez turystów, cichutkie i spokojne. Po godzinie spędzonej w agencji, nadrobiłam kawowe zaległości mocnym espresso i łagodnym latte w Dyni, pracując intensywnie z zaprzyjaźnionym fotografem. W międzyczasie zza chmur wyjrzało na świat słońce, więc drogę powrotną pokonałam piechotą. 



Od jakiegoś czasu zaczęłam obawiać się pisania. Kiedyś tworzenie było dla mnie lekarstwem, zawijałam w słowa całą rzeczywistość - teraz wystukuję niepasujące do siebie zdania, a słowa to zaledwie bękarty moich myśli. Skąd ta niemoc? Czy u jej podstawy leży chroniczny brak czasu, zły dobór tematów, a może lenistwo? Nieustannie poszukuję nowych wymówek i pretekstów, żeby nie pisać, żeby odwlekać to, co powinno być dla mnie czystą przyjemnością. Odkąd skończyłam regularne prowadzenie pamiętnika, trudno mi powrócić do pisania o sobie. Kiedyś uwielbiałam rozpoczynać poranki od przemyśleń na temat tego, co wydarzyło się dzień wcześniej, spisywałam luźne myśli, zasłyszane cytaty, notowałam fragmenty ulubionych książek. Żyłam, oddychałam, wzrastałam pisaniem i bardzo chciałabym do tego stanu wrócić. 

Co u mnie nowego? Laptop się popsuł i od teraz funkcjonuje wyłącznie jako komputer stacjonarny - nie można zamykać połamanej obudowy. Zaczęłam w tym semestrze naukę hiszpańskiego, lecz póki co wcale nie jestem zachwycona. Czuję się śmiesznie, przesadnie sepleniąc na zajęciach, a słówka nie brzmią tak lekko i melodyjnie, jak w języku włoskim. Zapisałam się również na konwersatorium "Poprawna polszczyzna w zawodzie filologa i tłumacza". Aż wstyd się przyznać, że o tak wielu rzeczach na temat polskiego nie miałam do tej pory bladego pojęcia.

Fajnie, że jeszcze tu jesteście. 
Postaram się poprawić i wpadać do was częściej.


Pierwsze kroki w modelingu

3/04/2015
1. Wybór agencji

To pierwsza istotna decyzja, jaką musi podjąć dziewczyna marząca o karierze w modelingu. Po spektakularnych karierach polskich dziewczyn w świecie mody, agencje coraz prężniej rozwijają się na polskim rynku, a zjawiskowe nowe twarze podpisują kontrakty nie tylko z warszawskimi gigantami, ale również agencjami o krótszym stażu i mniejszej liczbie podopiecznych, za to z wielkimi ambicjami i silną wiarą w sukces. Rozważając różne opcje, warto przede wszystkim zadać sobie pytania: co w modelingu chcę osiągnąć, na jaki rynek się nastawiam, jak długo chcę pracować, czy wyjazdy zagraniczne muszę pogodzić ze szkołą? Wiedząc, czego oczekujesz od agencji, łatwiej będzie ci negocjować warunki umowy i podjąć decyzję o wyborze najkorzystniejszej oferty. Ważne, by przed wysłaniem zgłoszenia dobrze zapoznać się ze strategią agencji, to znaczy przejrzeć stronę internetową, sprawdzić, które twarze pojawiają się na polskich i zagranicznych wybiegach, które dziewczyny odniosły światowy sukces, a ile z nich jedynie widnieje na stronie. Warto również poszukać wskazówek na forach internetowych poświęconych modelingowi oraz śledzić facebookowy fanpage agencji, gdzie można znaleźć aktualizowane na bieżąco newsy. Nie zaszkodzi też odezwanie się do dziewczyn współpracujących z agencją i wypytanie o ilość castingów, zleceń i ofert zagranicznych wyjazdów oraz relacje między modelkami i ogólną atmosferę.



2. Zgłoszenie

Co powinno się w nim znaleźć? Przede wszystkim dobrej jakości polaroidy. Nie musi wykonywać ich profesjonalny fotograf – wystarczy porządny aparat, dobre światło, odpowiednia pozycja (zdjęcia powinny pokazywać sylwetkę z obu profili oraz tyłem). To bardzo ważne, by polaroidy wykonywać bez makijażu, z naturalnie ułożonymi włosami i w stroju bikini (najlepiej czarnym). Dobrze jest pozować w wysokich, czarnych szpilkach, które dodatkowo wysmuklą figurę i podkreślą zgrabne nogi. Polaroidy w przylegającym T- shircie i czarnych leginsach również zostaną zaakceptowane przez agencję, lecz te w kostiumie pomogą na wstępie dostrzec wszelkie mankamenty sylwetki, nad którymi potencjalna modelka musiałaby popracować. Mimika twarzy? W 100% naturalna. Na robienie słodkich minek i rzucanie w obiektyw groźnych spojrzeń przyjdzie pora, kiedy agencja zorganizuje profesjonalne testy. Polaroidy mają pokazać prawdziwy potencjał dziewczyny, który nie jest podrasowany photoshopem, przykryty warstwą makijażu, ani zamaskowany żadną wymyślną kreacją. Agencji wystarczy zaledwie kilka zdjęć, ale pokazujących zarówno twarz, jak i ciało kandydatki. Oprócz polaroidów konieczne jest podanie swoich aktualnych wymiarów: wzrost, obwód biustu, talii oraz bioder. Jeśli ciało pozostawia jeszcze wiele do życzenia, nie warto naginać faktów, bo bookerzy na pewno dokonają dokładnych pomiarów podczas castingu w agencji.


3. Casting

Jeśli agencja będzie wstępnie zainteresowana współpracą, zaprosi kandydatkę na spotkanie w swojej siedzibie. Casting ma na celu nie tylko sprawdzenie, jak na żywo prezentuje się potencjalna modelka, ale również poznanie jej charakteru i nastawienia. Chwila luźnej rozmowy potrafi zweryfikować, czy dziewczyna naprawdę nadaje się do tej pracy. O co najczęściej pytają bookerzy? Jak wygląda sytuacja ze szkołą, czy będzie możliwość dłuższych wyjazdów, jaka będzie dostępność na zlecenia w Polsce, czy rodzice zgadzają się na pracę modelki? Na miejscu w agencji wypełnia się również tzw. kartę castingową, która zawiera takie rubryki jak adres mailowy, numer telefonu, kolor oczu, włosów, wiek, a także hobby i znajomość języków obcych. Szukając dla siebie odpowiedniej agencji-matki warto odwiedzić przynajmniej kilka z tych, które pozytywnie odpowiedziały  na wysłane zgłoszenie. Atmosfera panująca w danej agencji to często jedna z ważniejszych kwestii, jakie w ostatecznym rozrachunku mają wpływ na podjęcie decyzji. 



4. Decyzja

Agencje odpowiadają wyłącznie na te zgłoszenia, którymi są zainteresowane, dlatego jeśli nie otrzymacie żadnej zwrotnej informacji, nie oznacza to, że wiadomość nie doszła – musicie próbować szczęścia dalej. W przypadku, gdy po spotkaniu w agencji otrzymacie pozytywną odpowiedź, następnym krokiem będzie podpisanie umowy (najczęściej na rok lub dwa lata) oraz pierwsze próbne testy. 

Makaron z małżami i szpinakiem

2/18/2015
Co u mnie, pytasz? Och, wszystko wspaniale, oprócz tego, że mój laptop podupadł na zdrowiu, a jego leczenie okazuje się być niemałym wyzwaniem. Chciałam biało-miętowe cacko z podświetlaną klawiaturą, a teraz muszę płacić za babskie fanaberie. Czekam od rana na wiadomość z dwóch punktów serwisowych i ta niewiedza zaczyna mnie powoli lekko irytować. Ale spokojnie. To tylko obudowa, system jeszcze działa, mogę do was pisać. 

Po skończonej sesji i stu tysiącach pochłoniętych kanapek, włączyłam tryb kulinarnej bogini i codziennie rozpieszczałam się nowymi przepisami. Mój sprawdzony sposób na eksperymenty w kuchni: otwórz lodówkę i wykorzystaj resztki. W ten oto sposób stworzyłam pyszny makaron z grillowanymi małżami, które od jakiegoś miesiąca czekały na spożytkowanie.


MAKARON Z MAŁŻAMI I SZPINAKIEM 

100 g makaronu tagliatelle (np. takiego)
ok. 100 g grillowanych małży 
1/2 opakowania świeżego szpinaku
1 ząbek czosnku, pieprz, sól
łyżka orzeszków piniowych 

Małże odsączamy z zalewy i wrzucamy na rozgrzaną patelnię. Dodajemy pokrojony w cienkie plasterki czosnek, podsmażamy chwilę, po czym dorzucamy opłukany szpinak. Gdy liście zmiękną, wrzucamy ugotowany makaron, solimy i pieprzymy do smaku (możecie dodać też odrobinę chilli). Podsmażamy wszystko przez parę minut, po czym przekładamy na talerz i posypujemy orzeszkami piniowymi (będą jeszcze smaczniejsze, jeśli podprażycie je na suchej patelni).
 Banalnie proste, ultra-szybkie i naprawdę smaczne danie!


Czy jesteś pewien, że chcesz być filologiem?

2/17/2015
Nauka języka to fascynująca podróż w nieznane, odkrywanie coraz ciekawszych zakamarków odległej kultury. Każdy język rządzi się swoimi prawami, określonymi nie tylko przez sztywną gramatykę, ale zakorzenionymi głęboko w historii danego kraju. To, w jaki sposób ludzie zamieszkujący jeden obszar postrzegają rzeczywistość, przekłada się na system leksykalny całego społeczeństwa. Eskimosi używają ponad 20 słów na określenie śniegu, gdyż stanowi dla nich kluczowy aspekt życia codziennego. Dla Japończyków ziarna ryżu to kome, kleisty ryż ugotowany na sposób japoński nazywany jest gohan, zaś sypki, dobrze znany Europejczykom ryż określa się jako raisu. Nie tylko hierarchia zjawisk otaczającego świata odbija się na płaszczyźnie języka, ze słów i składni przebija również specyficzna mentalność każdego narodu. Japończycy w inny sposób konstruują wypowiedź kierowaną do przełożonego z pracy, innych wyrazów użyją w stosunku do młodszego brata czy bliskich przyjaciół. Przymierzając się do nauki obcego języka, musimy wziąć pod uwagę nie tylko ładnie brzmiące słówka i prostą gramatykę, ale również kulturę, historię i zwyczaje narodu, z jakim chcemy się w przyszłości porozumieć. 

Dla wielu studentów już pierwsze kilka tygodni na wydziale filologicznym jest sporym zaskoczeniem - oprócz zajęć stricte językowych, muszą uczyć się historii, filozofii, literatury, podstaw językoznawstwa. Spora grupa osób rozpoczynających naukę od zera nie nadąża z tempem przyswajania materiału i dość szybko decyduje się na zmianę kierunku. To naprawdę żaden powód do wstydu - studia filologiczne są trudne, wymagają mnóstwo czasu i poświęceń, a bez prawdziwej pasji staną się codzienną udręką. Mądrzejsza o własne doświadczenia z japońskim, przyklaskuję każdemu, kto wie, co chce osiągnąć i w porę decyduje o zmianie nielubionych studiów. Oczywiście zdarzają się przypadki, kiedy miłość do języka przychodzi po czasie, ale nie warto ciągnąć kierunku, który nie przynosi nam absolutnie żadnej satysfakcji.

Filologia to nie kurs języka. Będziecie musieli poświęcić dużo czasu na przedmioty, które mogą was wcale nie interesować. Zmierzycie się z fonetyką, historią języka, przekrojem literatury na przestrzeni wieków. Decydując się na studia filologiczne nie musicie zdawać wstępnych egzaminów - prawo do nauki od zera przysługuje każdemu, pamiętajcie jednak, że żaden wykładowca nie dostosuje tempa nauki do waszego poziomu znajomości języka, a nowe słówka zasypią was niczym confetti w Sylwestra. 90% sukcesu na filologii zależy od indywidualnej pracy w domu, silnej motywacji i zaangażowania. 

Zanim zdecydujecie się na studiowanie języka, poczytajcie przede wszystkim o kulturze kraju, z którym planujecie związać swoje życie. Jeśli zastanawiacie się nad japonistyką lub filologią włoską, polecam przed składaniem papierów lekturę tych dwóch książek: 


To, co najważniejsze

2/12/2015
Przez ostatnie dwa tygodnie czułam się jak robot zaprogramowany wyłącznie do nauki. Z początku wydawało mi się, że sesja na UJ będzie sporym ułatwieniem po morderczej batalii, jaką co semestr staczałam na japonistyce - tam uczyłam się do kilkunastu zaliczeń i egzaminów, więc marne sześć na filologii włoskiej powinno pójść jak z płatka. Różnica jednak polegała na tym, że w Krakowie nie uczyłam się dla samego zaliczenia, ale przyswojenia całej wiedzy najlepiej, jak potrafię. Rozpoczęliśmy trudny okres sesji kolokwium z włoskiego, a zakończyliśmy we wtorek egzaminem z literatury. W moim indeksie pojawiły się już wszystkie oceny i jestem z nich bardzo zadowolona, choć wiem, że są efektem naprawdę ciężkiej pracy. Notoryczne zmęczenie, stres i niewyspanie zaowocowały w dzień przed pierwszym egzaminem wysoką gorączką - zamiast powtarzać materiał, padłam ledwo żywa o 21. Rano wstałam z temperaturą ponad 38 stopni i bałam się wejść pod prysznic, by nie zemdleć. Zadzwoniłam do mamy i powiedziałam, że w takim stanie niczego nie napiszę, ale tuż po telefonie łyknęłam dwie polopiryny, wcisnęłam spodnie na tyłek i pojechałam walczyć. Chyba słusznie, bo egzamin zaliczyłam na piątkę. 

Wczoraj na stronie mojego Instytutu pojawił się nowy plan zajęć i od razu wywołał falę oburzenia. Nie będę ukrywać, wygląda złowieszczo, a najokrutniejsze po raz kolejny będą poniedziałki: pięć zajęć od 11 do 20, bez żadnej dłuższej przerwy. Fala nienawiści pod adresem nowego harmonogramu wzbierała w komentarzach na fejsbukowej grupie i ostatecznie doszliśmy do jednej słusznej racji: musimy częściej wychodzić na integracyjne piwo, żeby nie zwariować od natłoku zajęć. Po raz kolejny uświadomiło mi to, z jak pozytywnymi i cudownymi osobami przyszło mi teraz studiować. Wspieraliśmy się podczas nauki do sesji, wspieraliśmy w piciu po zdanych egzaminach. Potrafimy się zintegrować w każdej sytuacji, a każda wspólna impreza to kolejne plus dziesięć punktów do szczerej, italianistycznej miłości.


Rodzice zdradzili mi po maturze, że studia to najpiękniejszy okres w życiu młodego człowieka, jednak po pierwszych miesiącach na japonistyce, zaczęłam się zastanawiać, czemu mnie oszukali. Studia nie były fajne. Były trudne, ciężkie i bardzo stresujące. Okazało się, że niewiele wiedziałam o kulturze kraju, któremu miałam poświęcić całe przyszłe życie, nie znałam podstawowych zasad rządzących językiem, a co najgorsze - nie czytałam mangi i nie lubiłam anime. Być może to ostatnie przesądziło o braku bliskich znajomych na roku. Czułam się jak dziwoląg, uzasadniając decyzję o nauce japońskiego pobudkami czysto filologicznymi. Nie czytałam komiksów, nie słuchałam j-popu... Co ja właściwie robiłam na tych studiach? Choć cieszę się z uzyskanego dyplomu japonistki i zgłębienia tajników tej fascynującej kultury, do tej pory zastanawiam się, czemu nie zrezygnowałam wcześniej niż po trzech ciężkich latach licencjatu. Z jednej strony na pewno przesądzili rodzice, kibicujący moim warszawskim zmaganiom, po części zaś wiara w to, że jednak odkryję w Japonii swoje życiowe powołanie. Uczyłam się dużo, szło mi coraz lepiej, każdą sesję zdawałam bez żadnych poprawek, więc ciągnęłam studia, bo "głupotą byłoby przerwać naukę w połowie". Nie neguję absolutnie oczywistych zalet z poznania tak egzotycznego języka, jakim jest japoński, ale przestrzegam każdego przed wyborem kierunku, o którym nie ma zielonego pojęcia. Nie chodzi tylko o to, że umęczycie się nudnymi przedmiotami i szybko stracicie wszelką motywację, ale prawdopodobnie nie znajdziecie również pokrewnej duszy wśród osób studiujących z wami na roku. Mądruję się, bo naprawdę dobrze wiem, jak wygląda zmiana kierunku z takiego, który was męczy, na przynoszący wielką radość i pełną satysfakcję.

Teraz ja zdradzę wam sekret, który odkryłam dopiero 5 lat po maturze - studia to rzeczywiście najpiękniejszy okres, pod warunkiem, że spotkacie tam odpowiednich ludzi. Takich, z którymi chce się wyjść na kawę, na pizzę, prosecco, piwo, tiramisu. Ludzi o wybitnym poczuciu humoru, wpierających się nawzajem w trudnych chwilach sesji. Nie walczących o oceny, dzielących się notatkami, pozytywnych, otwartych i niesamowicie zgranych. Z takimi osobami nie straszna będzie nauka o deiksach, derywatach, dieresi i dyftongach, poradzisz sobie z poniedziałkowym wstawaniem o 6, a nawet z zajęciami do godziny dwudziestej. Jeśli jeszcze dodatkowo lubisz to, czego się uczysz - bingo, wygrałeś los na loterii, jesteś szczęśliwym człowiekiem. 

Domowe SPA dla dłoni i stóp

1/20/2015
Zima to czas, który zdecydowanie nie sprzyja pielęgnacji ciała, gdyż chowamy je bez przerwy pod grubą warstwą ubrań. Wizyta w krakowskim Face and Body Institute uświadomiła mi, jak wielki błąd popełniałam do tej pory, zaniedbując przede wszystkim stopy - to, co uda nam się wypracować latem możemy w krótkim czasie zaprzepaścić zimą. Podstawą jest oczywiście dobry krem, który nie tylko nawilży skórę, ale dogłębnie ją odżywi oraz wszelkiego rodzaju zabiegi zmiękczające. Ja zdecydowałam się na pedicure leczniczy - idealny dla wszystkich ignorantek, które tak, jak ja zafundowały swoim stopom zimowy armagedon. Cały zabieg trwał około półtorej godziny, dlatego miałam dużo czasu na podpytanie pani Karoliny z F.B.I. o najlepsze sposoby domowej pielęgnacji. Muszę przyznać, że byłam naprawdę zaskoczona, jak wiele kosmetyków jesteśmy w stanie samodzielnie przygotować! Na dodatek to właśnie naturalne składniki, takie, jak miód czy oliwa, nasze ciało pokocha najbardziej. 


1. Siemię lniane - genialne nie tylko dla naszego żołądka! Pani Karolina poleciła mi wypróbować maseczkę ze świeżo zmielonego siemienia (możecie użyć do tego najprostszego młynka od kawy). Zmielone siemię zalewamy ¼ szklanki gorącej wody i odstawiamy na 15-20 minut. Powstały "kleik" nakładamy na stopy i dłonie. 

2. Oliwa z oliwek - do tej pory stosowałam jedynie olej kokosowy i nie przypuszczałam, że dobrze wszystkim znana oliwa ma tyle cudownych zastosowań również w kosmetyce. Możemy ją wmasowywać bezpośrednio w skórę lub dodać do wody, w której moczymy stopy przed dalszymi zabiegami pielęgnacyjnymi. 

3. Kawa - sprawdzi się idealnie jako peeling do ciała. Wystarczy, że do dwóch szklanek kawy grubo mielonej lub kawowych fusów dodamy 2-3 łyżki oliwy z oliwek. Tanio, szybko i skutecznie. Takim peelingiem możecie potraktować nie tylko dłonie i stopy, ale również miejsca z objawami cellulitu!


Największym zaskoczeniem okazał się dla mnie jednak... niedoceniany ziemniak! Otóż to popularne w naszym kraju warzywo ma wiele zastosowań również jako naturalny kosmetyk. Poniżej kilka przykładów na wykorzystanie ziemniaka w domowym spa, opracowanych przez panią Karolinę:

1) Kąpiel w krochmalu:
-do mocno ciepłej wody dodajemy ok 2 łyżek sproszkowanego krochmalu
-moczymy stopy oraz dłonie ok 30 min
-wycieramy

2) Mąka ziemniaczana:
może zastąpić puder do stóp. Nie tylko nawilża,ale również zapobiega odparzeniom stóp

3) Maseczka z surowego ziemniaka:
-surowego ziemniaka ścieramy na tarce na najmniejszych oczkach(zależy nam na uzyskaniu soku)
-powstała papkę nakładamy na przesuszone miejsca(pięty,łokcie,skóra dłoni)
-zawijamy folią i zmywamy po ok 30 min

Więcej podobnych porad znajdziecie na stronie Instytutu: KLIK

Rodzice a modeling

1/13/2015
Zaczynając swoją przygodę z modelingiem miałam pełne poparcie ze strony rodziców - tak naprawdę to właśnie tata jako pierwszy zachęcił mnie do spróbowania swoich sił na castingu. Rodzice towarzyszyli mi podczas podróży na pierwsze testy w Warszawie, w moim imieniu podpisali umowę z agencją (miałam wtedy 16 lat), zgodzili się na miesięczny kontrakt w Nowym Jorku tuż po rozpoczęciu liceum. Jestem ich oczkiem w głowie, ukochaną jedynaczką, a jednak pozwolili mi rozwinąć skrzydła i wzlecieć na tyle wysoko, że upadek mógłby zakończyć się tragicznie. Modeling to nie zabawa, ale ciężka praca dla tych, którzy nie rozdrapują ran, lecz szybko naklejają plaster. Nigdy nie miałam charakteru ze stali, a porażki przeżywałam ze zdwojoną siłą, więc możecie się domyślić, że w tych najtrudniejszych chwilach, jeszcze bardziej niż ja cierpieli mama z tatą. Doskonale rozumiem obawy rodziców, których nastoletnia córka pragnie zostać modelką. Świat mody zatruła medialna gangrena - zanika granica między agencją modelek a szemranym interesem, w programie śniadaniowym amator z maxmodels przedstawiany jest jako "fotograf-gwałciciel", zaś populare show pokazuje przed kamerą nieletnie modelki w całkowitym negliżu. Jak w takim razie wytłumaczyć rodzicom, na czym polega praca w modelingu, jak rozwiać ich wątpliwości i zmniejszyć strach przed wysłaniem córki w nieznane terytorium? 


Przede wszystkim musicie uzbroić się w cierpliwość i być wobec rodziców bardzo wyrozumiałe. To naturalne, że się o was martwią i nie chcą narażać na niebezpieczeństwo. Warto pokazać rodzicom strony internetowe agencji, do których planujecie wysyłać zgłoszenia. Wskażcie twarze modelek, które mogą kojarzyć z reklam widywanych na sklepowych witrynach albo w poczytnych magazynach mody. Poczytajcie o drodze, jaką przebyły nasze topmodelki - gdzie zaczynały, w jakich agencjach, na jakie zagraniczne kontrakty wyjeżdżały. Najskuteczniejszym sposobem może się jednak okazać jazda na casting razem z rodzicami - niech wejdą do agencji, poznają pracowników, spotkają inne młodziutkie modelki. Dzięki rozmowie z bookerami powinni zrozumieć, że oddają córkę we właściwe ręce, zaś sama agencja nie jest żadną przykrywką, a renomowana firmą z wieloletnim stażem, która opiekuje się dziewczynami możliwie jak najlepiej.

Pamiętajcie, że jako bookerzy zawsze służymy wam pomocą, chętnie spotykamy się z rodzicami i rozwiewamy wątpliwości. Nawet najlepsza modelka bez wsparcia rodziny nigdy nie osiągnie pełnego sukcesu - będzie on okupiony ciągłą walką z najbliższymi. 

Sałatka z makaronem orzo

1/06/2015
Ostatni dzień w domu przed powrotem do Krakowa. Choć kocham całym sercem moje nowe miasto, pyszną kuchnię rodziców kocham jeszcze bardziej. Mama skłania się ku daniom tradycyjnym, to na jej barkach spoczywa obowiązek pieczenia ciast, lepienia pierogów i gotowania zup. Tata to prawdziwy pasjonat gotowania, obdarzony wielką fantazją i talentem do tworzenia nowatorskich potraw. Całe szczęście, że moja walizka wypełnia się słoikami: z domowym hummusem, tajskim sosem na bazie masła orzechowego i boczniaków, pieczonymi warzywami i ulubioną sałatką, którą przygotowałyśmy z mamą dziś rano. Jest to nasza popisowa sałatka, zapamiętana - jak to zwykle bywa - z kolacji u znajomych. Lubię ją tym bardziej, że świetnie nadaje się do spakowania w lunchbox i zabrania na uczelnię, dzięki czemu oszczędzam na (często niezdrowym) jedzeniu na mieście. Podstawą sałatki jest makaron orzo, przypominający kształtem i wielkością ziarenka ryżu. Do makaronu dodaję sporo majonezu, ale można wybrać ten o niższej zawartości tłuszczu lub dodać go mniej (tego akurat nie polecam - bez majonezu sałatka mocno traci na smaku). 


SAŁATKA Z MAKARONEM ORZO I KURCZAKIEM

1/2 paczki makaronu orzo
1 ugotowana pierś z kurczaka
1 sos sałatkowy (np. koperkowo-ziołowy)
1 duży ogórek zielony
spory pęczek koperku
majonez, sól, pieprz do smaku

Makaron gotujemy według przepisu na opakowaniu, studzimy. Ugotowaną pierś z kurczaka drobno kroimy, dodajemy do makaronu. Ogórek zielony ścieramy na tarce, odsączamy z nadmiaru wody i przekładamy do miski z makaronem i kurczakiem, dodajemy posiekany koperek. Sos przygotowujemy według przepisu na opakowaniu, mieszamy z pozostałymi składnikami, dodajemy 2-3 łyżki majonezu, a na koniec posypujemy solą i pieprzem, jeszcze raz dokładnie mieszając.

Simplicity is the ultimate sophistication

1/05/2015
                          "Simplicity is the ultimate sophistication."                                                       - Leonardo da Vinci

Trzy urocze filmy o miłości

1/03/2015
1. About time. Spodziewałam się przeciętnej komedii romantycznej, ale już po kilku pierwszych scenach wiedziałam, że trafiłam na film, który będę gorąco polecać znajomym i który obowiązkowo obejrzę ponownie, lecz tym razem z chłopakiem. Nic dziwnego, w końcu scenariusz "About time" wyszedł spod ręki Richarda Curtisa, twórcy takich kinowych przebojów jak "Nothing Hill" czy "Love Actually". Miłość pokazana w tej uroczej komedii jest wielowymiarowa, przenika pokolenia i stanowi punkt wyjścia dla działań wszystkich bohaterów. Miłość romantyczna nie pachnie tutaj fałszem, a głęboka więź między ojcem i synem wyciska z oczu fontannę łez, choć reżyser nie podaje widzom wzruszeń na tacy tandety. Przesłanie filmu jest równie oczywiste, co piękne i głębokie: żyjmy tak, by każdy dzień warty był powtórzenia.
Tim (Domhnall Gleeson) jest zbyt chudy, zbyt rudy i zbyt nieporadny, by z miejsca oczarowywać kobiety. Pech. Tym większy, że nieśmiały chłopak marzy o miłości. Kiedy jednak staje naprzeciwko jakiejś pięknej dziewczyny, zawsze albo się przejęzyczy, albo palnie głupotę. Matrymonialne szanse uciekają więc jedna po drugiej aż do czasu, gdy ojciec (Bill Nighy) wyjawia Timowi rodzinny sekret: że jak wszyscy mężczyźni w ich rodzinie potrafi on podróżować w czasie. Nie chodzi o żadne spektakularne wojaże: Tim może podróżować wyłącznie do tych wydarzeń, które kiedyś już przeżył. Musi przy tym zachować ostrożność, bo każda z podróży może zmienić jego przyszłość. Dla rudego nieudacznika najważniejsze jest jednak coś innego – dzięki nowemu talentowi może zdobyć miłość swojego życia (Rachel McAdams), cofając się w czasie i unikając kolejnych towarzyskich wpadek. (źródło: Filmweb)


2. Crazy, stupid, love. Nie będę ukrywać, że do obejrzenia tego filmu skłonił mnie nagi tors Ryana Goslinga. Już za samą scenę, w której Emma Stone (urocza jak diabli!) wskakuje mu w ramiona przy muzyce z "Dirty Dancing" przyznałabym Złoty Glob, Złotą Palmę i wszystko, co złote. Czy oprócz Ryana jest w filmie coś godnego uwagi? Zdecydowanie! "Crazy, stupid, love" to prosta historia, proste chwyty, przewidywalne rozwiązania, a jednak bawi, wzrusza i uczy, że w każdym wieku warto wymieniać garderobę. 
Bohaterami "Kocha, lubi, szanuje" jest trzech mężczyzn w różnym wieku. Cal jest dojrzałym facetem, któremu wydaje się, że od lat jest szczęśliwym mężem i ojcem. Tę iluzję rozbije zapowiedź żony, że chce rozwodu. Jacob to chłopak w kwiecie wieku - przystojny i zadbany. Lata temu zdecydował, że przestaje wierzyć w miłość i zamiast tego skupił się na seksie, a że ciało ma jak z reklamówki podrasowanej Photoshopem, nie ma z tym problemu. Robbie ma zaś 13 lat i właśnie przeżywa pierwszą miłość. Wierzy, że wybranka serca jest jego drugą połówką. (źródło: Filmweb)


3. Chef - wybraliśmy się na ten film do kina, gdyż był to jedyny seans w odpowiadającej nam godzinie. Oceny w Internecie nieszczególnie zachęcały, więc nie spodziewałam się rozrywki na najwyższym poziomie. Cóż za zaskoczenie! Dawno tak dobrze nie bawiłam się w kinie: świetna gra aktorska, rewelacyjny soundtrack, a zdjęcia potraw... nie oglądajcie "Szefa" głodni!  Film pokazuje różne odcienie miłości - do dziecka, kobiety, pracy, jedzenia - i choć balansuje na granicy bajkowości jest na tyle uroczy, że ta naiwność w ogóle nie razi.
W "Szefie" jak na dłoni widać to, co mogło ginąć pod feerią efektów specjalnych wysokobudżetowej rozróby w rodzaju "Iron Mana": Favreau to naprawdę sprawny reżyser. W kilku scenach widzimy, że specjalnie do roli opanował szereg kuchennych sztuczek; ale jego filmowe kwalifikacje nie ustępują tym kulinarnym. Powołane przez niego do życia postacie naprawdę wydają się oddychać, jest między nimi chemia, prawdziwa interakcja. Fakt, Favreau zebrał na planie nie lada aktorów – od Hoffmana przez Scarlett Johansson czy Johna Leguizamo po niezwykle naturalnego 10-letniego Emjaya Anthony'ego. Ale jest różnica między szarżującymi solistami a sprawnie grającym zespołem. A tutaj proporcje odmierzone są wybornie. (źródło: Filmweb)

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
SZABLONY RZECZYLADNIEJSZE.PL